Gadżet wygląda świetnie na zdjęciu, a nie sprzedaje się wcale. Dlaczego tak jest
Wybraliśmy kiedyś z katalogu dostawcy długopis na własne stoisko targowe. Na zdjęciu wyglądał jak metalowy, solidny, w dobrej cenie jak na taki wygląd, dokładnie taki, jakiego szukaliśmy do zestawu powitalnego dla gości. Paczka doszła, otworzyliśmy pudełko, w dłoni poczuliśmy plastik z metalizowaną powłoką, lekki jak piórko. Zdjęcie nie skłamało w żadnym pikselu. Po prostu nie pokazało tego, co czuje się dopiero w ręku.
Podobnie było z notesem, który zamówiliśmy do zestawu powitalnego dla nowych pracowników. Okładka na zdjęciu wyglądała jak gruba skóra ekologiczna, w rzeczywistości była cienką folią naciąganą na tekturę, która po miesiącu w torbie zaczęła się odklejać na rogach. Dwie różne pomyłki, jeden wspólny mechanizm oraz ten sam wniosek za każdym razem: winne nie było zdjęcie, tylko to, czego na nim nie umieszczono.
Co robi profesjonalne zdjęcie produktowe
Zdjęcie katalogowe ma jedno zadanie: pokazać przedmiot w najlepszym możliwym świetle, dosłownie. Obiektyw makro zbliża szczegóły, białe tło izoluje produkt od otoczenia, a oświetlenie studyjne wygładza powierzchnię i podbija połysk. To nie jest oszustwo, to rzemiosło fotografii produktowej i każdy dostawca je stosuje, my również, kiedy fotografujemy własne materiały do katalogu czy na stronę.
Problem w tym, że te same techniki, które robią zdjęcie ładnym, usuwają z kadru informacje potrzebne do decyzji zakupowej. Zdjęcie odpowiada na pytanie „jak to wygląda”. Nie odpowiada na pytanie „jak to działa w ręku odbiorcy”, a to drugie pytanie decyduje, czy gadżet zostanie użyty, czy trafi do szuflady.
Widać to szczególnie przy power bankach i głośnikach bluetooth. Na zdjęciu obudowa lśni jednakowo, niezależnie od tego, czy pod spodem jest aluminium, czy plastik pokryty lakierem imitującym metal. Dwa różne produkty z dwóch różnych katalogów potrafią wyglądać na stronie internetowej niemal identycznie, a różnica w cenie wynika właśnie z tego, czego na zdjęciu nie widać.
Trzy rzeczy, których nie widać na zdjęciu
Waga. Metalizowana powłoka wygląda identycznie na zdjęciu, niezależnie od tego, czy pod spodem jest metal, czy lekki plastik. Dopiero trzymając przedmiot, czujesz różnicę, a to właśnie waga w dużej mierze buduje wrażenie „solidny” albo „tani”. Przy długopisach i power bankach różnica bywa dwu, trzykrotna, mimo identycznego wymiaru na zdjęciu.
Skala. Zdjęcie na białym tle nie ma punktu odniesienia. Bez dłoni, monety albo linijki w kadrze brelok może wyglądać jak przedmiot biurkowy, a mały power bank jak duży. Odbiorca dostaje coś mniejszego, niż sobie wyobrażał. To wystarcza, żeby uznał prezent za gorszy, nawet jeśli parametry techniczne się zgadzają co do milimetra.
Faktura i wykończenie. Retusz i światło studyjne wyrównują powierzchnię tak, że matowy plastik i szczotkowany metal mogą wyjść na zdjęciu bardzo podobnie. Krawędź nadruku, chropowatość materiału, sposób, w jaki przedmiot leży w dłoni, to wszystko widać dopiero na żywo, nigdy na fotografii, nawet dobrej.
Dlaczego to wraca jako Twój problem, nie dostawcy
Zamówienie na podstawie zdjęcia idzie dalej niż Twoje biurko. Trafia do pracowników na eventach, do klientów jako upominek, na stoisko targowe. Jeśli przedmiot rozczarowuje w ręku, rozczarowanie widzi odbiorca, nie Ty i nie dostawca zdjęcia. Gadżet ląduje w szufladzie zamiast na biurku, a cel kampanii, żeby ktoś go używał i kojarzył z Twoją marką, znika razem z nim.
Dla nas to samo działa w drugą stronę. Kiedy klient zamawia coś wyłącznie z karty katalogowej, a fizyczny egzemplarz go rozczarowuje, reklamacja i tak trafia do nas, mimo że produkt spełnił specyfikację co do grama. Łatwiej zapobiec temu przed nakładem niż tłumaczyć się po nim, dlatego przy większych zamówieniach sami dziś pytamy klienta, czy chce zobaczyć próbkę, zamiast czekać, aż zapyta.
Przy zamówieniach pod konkretne wydarzenie, na przykład targi albo event dla pracowników, ten sam mechanizm boli mocniej, bo terminu nie da się przesunąć. Gadżet, który rozczarowuje w dłoń tuż przed imprezą, zostaje na stoisku zamiast trafić do rąk gości, a poprawka nakładu w tydzień przed wydarzeniem zwykle się już nie mieści w harmonogramie dostawcy.
Co zmieniliśmy we własnych zdjęciach
Po tych dwóch pomyłkach zaczęliśmy dokładać do własnych kart produktowych zdjęcie z punktem odniesienia, zwykle dłoń trzymająca przedmiot, oraz osobne ujęcie faktury z bliska bez wygładzającego retuszu. To nie jest efektowne zdjęcie na social media, ale odpowiada na pytania, które i tak później padają w mailu. Przy torbach i portfelach dodatkowo fotografujemy zamknięcie i szew w miejscu największego naprężenia, bo to tam najpierw widać, czy materiał jest tak solidny, jak sugeruje zdjęcie w pełnym świetle studyjnym.
Co zapytać dostawcę, zanim zamówisz z samego zdjęcia
Ile dokładnie waży sztuka, w gramach, nie w opisie słownym typu „solidny” czy „premium”.
Czy dostawca ma zdjęcie z punktem odniesienia: dłoń, moneta, linijka obok produktu.
Z jakiego materiału jest wykonana powłoka, nazwa surowca, nie tylko określenie koloru czy wykończenia, na przykład „stal” zamiast „metaliczny”.
Czy da się zamówić jedną sztukę próbną przed nakładem. To najpewniejszy sposób sprawdzenia wagi i faktury, opisaliśmy go szerzej w tekście o próbce przed produkcją.
Co się dzieje, jeśli po dostawie nakładu okaże się, że przedmiot wygląda inaczej w ręku niż na karcie produktu. Odpowiedź na to pytanie warto mieć na piśmie przed złożeniem zamówienia, nie dopiero przy reklamacji.
Przy drobnych, tanich pozycjach zamawianych masowo próbka bywa nieopłacalna, bo koszt i czas nie zwracają się przy niskim ryzyku pomyłki. Wtedy zostają pytania o wagę, materiał i warunki reklamacji, zadane wprost, zamiast zaufania samemu zdjęciu.